Czego w zasadzie oczekujemy od szkolnictwa wyższego?

Patblog3

Kiedy poruszam ten temat w towarzystwie, starając się delikatnie wybadać, jak moi rozmówcy oceniają swoje studia z perspektywy czasu, ich odpowiedzi układają się w pewien charakterystyczny szablon. Owszem, przyznają, że uczelnia wcale nie przygotowała ich do obecnie wykonywanej pracy lub że stopień tego przygotowania jest niewspółmierny do czasu, jaki poświęcili na naukę. Zazwyczaj jednak odnoszą się do tamtych lat z niezrozumiałą dla mnie pobłażliwością, wytaczając cały arsenał dziwnych usprawiedliwień dla naszej fatalnie zorganizowanej edukacji. Spotkałem się nawet z opinią (wygłoszoną przez wysoce kompetentnego kolegę z byłej pracy), że studia po prostu uczą się uczyć — i to wszystko.

Mam wrażenie, że wysuwając takie argumenty, obniżamy nasze oczekiwania wobec studiów do absolutnego zera i bezwarunkowo godzimy się na wszystko, co na nich zastajemy (jednocześnie ze zdumiewającą lekkością rezygnując ze wszystkiego, czego tam brakuje, a co powinniśmy otrzymać). Czy rzeczywiście za społecznie akceptowalny i pożądany wzorzec zachowania można uznać to, że młoda (lecz dorosła) osoba spędza pięć lat ucząc się uczyć, a odbywa się to na koszt podatnika?

Co zatem sprawia, że tak bezkrytycznie oceniamy naszą akademicką przeszłość i odruchowo czujemy się w obowiązku bronić uniwersyteckich instytucji za każdym razem, gdy ktoś wskazuje ich wady? Moim zdaniem nakładają się tu na siebie dwa czynniki — po pierwsze studia to lata naszej młodości i czas szalonego, intensywnego życia towarzyskiego. Nic więc dziwnego, że zbieramy z tamtego okresu piękne, kolorowe wspomnienia, i to one w głównej mierze decydują o pozytywnym obrazie uczelni, jaki utrwala się w naszej pamięci. Ponadto jest w nas naturalna skłonność do racjonalizowania podjętych decyzji i trudno byłoby nam przyznać, że coś, co starannie przemyśleliśmy i na co poświęciliśmy aż pięć lat, w ostatecznym rozrachunku okazało się pozbawione jakiejkolwiek wartości.

Rzecz jasna nie chcę przez to powiedzieć, że jeśli ktoś ma pozytywne zdanie o swoim wyższym wykształceniu, to powinien czym prędzej je zrewidować, ponieważ ulega płytkim złudzeniom i oszukuje sam siebie. Nie wątpię, że istnieją kierunki, które rzetelnie przygotowują do zapewniającego przyzwoite zarobki zawodu. Rozumiem również, że wiele osób podejmuje studia z pobudek zupełnie innych niż finansowe. Gorycz, jaką wylewam w tym blogu, dotyczy jedynie doświadczeń podobnych do moich własnych.

Pamiętam, jak bardzo cieszyliśmy się, gdy któreś zajęcia były odwoływane lub gdy prowadzący ćwiczenia bądź wykłady spóźniali się, przekraczając kwadrans akademicki. Z zapartym tchem odliczaliśmy ostatnie sekundy, po czym błyskawicznie uciekaliśmy nieoczywistymi drogami w drobnych grupkach, aby czasem gdzieś na schodach nie wpaść na niepunktualnego profesora lub doktora. O czym to świadczy?

Moim zdaniem o dwóch smutnych rzeczach. Po pierwsze, podświadomie wyczuwaliśmy, że zajęcia te nie mają żadnego znaczenia. To, czy się one odbędą, czy nie, nie wpływało w najmniejszym stopniu na naszą przyszłość. W efekcie lepiej wręcz, aby się nie odbyły, ponieważ wtedy odzyskamy choć część straconego na studia czasu (nawet siedząc w knajpie i upijając się, nie spędzilibyśmy go mniej owocnie) — i stąd nasza szczera radość. Po drugie pokazuje to, jak groźna jest iluzja darmowości — wszak w powszechnym przekonaniu stacjonarne studia dzienne na uczelniach publicznych są bezpłatne. Czy jednak rzeczywiście tak jest? Czy kadra naukowa nie pobiera wynagrodzeń za swoje usługi? Czy budowlańcy postawili gmach uczelni w czynie społecznym? Czy personel administracyjny i sprzątający udziela się tam w ramach wolontariatu? Skąd więc biorą się pieniądze na to wszystko? Z podatków pobieranych za każdym razem, gdy ktoś niekonieczne zamożny kupuje bułkę, płaci za parking lub wychyla kieliszek ulubionego trunku. W tym miejscu wyraźnie zastrzegam, że ten blog nie ma charakteru politycznego, a już na pewno nie chodzi w nim o to, aby toczyć jałowe, zideologizowane dyskusje o tym, gdzie powinna przebiegać granica między działalnością państwa a sektorem prywatnym. Niestety jest jednak tak, że ten pośredni i rozłożony na całe społeczeństwo sposób płacenia za studia zrywa w naszych umysłach związek między opłatą a usługą. W efekcie uznajemy, że darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, a stąd już tylko krok, by zacząć wygłaszać apologetyczne tezy, które zacytowałem kilka akapitów powyżej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *