Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych zaczynałem studia na kierunku „informatyka i ekonometria”, wydawało się, że nie mogłem postawić na lepszego konia. Już wtedy widać było, że przyszłość należy do branży nowych technologii i że fachowcy z tej dziedziny będą wkrótce zarabiać krocie. Co więcej, osadzenie wiedzy informatycznej w kontekście biznesowym wydawało się strzałem w dziesiątkę i sporym potencjalnym atutem. Oczami wyobraźni widziałem więc, jak za kilka lat opuszczam mury uczelni i jako ceniony, wysoko wykwalifikowany absolwent przebieram w lukratywnych ofertach pracy. Byłem pełen zapału i przekonania do dokonanego wyboru, a za naukę zabierałem się sumiennie i systematycznie. Gładko przechodziłem z semestru na semestr i wydawało się, że wszystko przebiega zgodnie z początkowymi założeniami. Jednak pomimo starań, celujących ocen, przemyśleń i ukierunkowania na cel moje życie zawodowe okazało się całkowitą katastrofą, z której zacząłem powoli wychodzić dopiero po czterdziestce, i to wcale nie dzięki otrzymanej edukacji, lecz w pewnym sensie wbrew niej. Jak to możliwe? Co i w którym momencie się nie udało? Czy popełniłem pojedynczy błąd, czy całą ich serię? W jakim stopniu zawiniłem ja sam, a w jakim złożyły się na to czynniki niezależne ode mnie? Przyjrzyjmy się temu wspólnie.
Pierwsze niepokojące sygnały były widoczne już po drugim semestrze studiów, lecz całkowicie je wówczas ignorowałem. Trudno było jednak nie zauważyć, że choć zdaliśmy wiele egzaminów z poważnie i mądrze zatytułowanych przedmiotów, to zdobyta w ten sposób wiedza nie miała żadnych zastosowań praktycznych. Już wtedy odnosiłem wrażenie, że o tematach poruszanych przez wykładowców słyszę po raz pierwszy i jednocześnie ostatni — że nie są to zagadnienia, które napotkam w dalszym życiu, nie mówiąc o przekuwaniu ich na pieniądz.
Tłumaczyłem to sobie w ten sposób, że za nami dopiero pierwszy rok studiów i że służy on właśnie temu, abyśmy poznali pewne niezbędne fundamenty, na których już wkrótce oprze się nasza fachowa wiedza. Nie ma powodu do zmartwień — rozumowałem — przecież nad wszystkim czuwają doświadczeni i przychylni pracownicy naukowi, a rzecz dzieje się na renomowanej uczelni. Przyjmowałem te wyjaśnienia długo i irracjonalnie, choć kolejne semestry i lata wyraźnie pokazywały, że nie mogłem mylić się bardziej. Serwowany nam materiał dydaktyczny za każdym razem okazywał się chaotycznym, pozbawionym myśli przewodniej zlepkiem niepowiązanych ze sobą przedmiotów. Ich zakres sięgał od rachunku różniczkowego przez finanse publiczne i socjologię aż po historię myśli ekonomicznej. W efekcie można było odnieść wrażenie, że celem tej instytucji wcale nie jest kształcenie specjalistów, lecz dawanie zatrudnienia wykładowcom, którzy w przeciwnym razie mieliby poważny problem ze znalezieniem chętnych na swoje wątpliwej przydatności usługi.
Ktoś oczywiście mógłby mi wytknąć, że studia to coś znacznie więcej niż wyższa szkoła zawodowa i że oczekując natychmiastowego spieniężenia nabywanych tam umiejętności, jedynie obnażam swoje prostactwo. Czyż studia nie mają przede wszystkim być piękną intelektualną przygodą, podczas której obcujemy z utytułowanymi naukowcami, toczymy akademickie debaty i poszerzamy horyzonty, aby w efekcie otwierać swoje umysły i stawać się lepszymi ludźmi?
Choć nie odrzucam całkowicie tej koncepcji, mam do niej dwa zastrzeżenia. Po pierwsze chciałbym, aby zostały jej nadane właściwe proporcje. Jeżeli dorosły, sprawny intelektualnie człowiek przez pięć lat nie pracuje, lecz poświęca czas na zdobywanie pewnej wiedzy, stanowi to bardzo poważną długoterminową inwestycję. A skoro tak, to zupełnie naturalną rzeczą jest oczekiwać jakiegoś zwrotu z niej. Jako ostatni etap edukacji, studia nie mogą przecież być jedynie przedłużeniem szkoły ogólnokształcącej i oprócz całej swojej otoczki metafizycznej muszą zawierać solidny składnik przygotowania zawodowego — i to na bardzo wysokim poziomie. Natomiast druga sprawa, którą zdecydowanie kwestionuję, to intelektualny i humanistyczny wymiar tego przedsięwzięcia. Być może jest to krzywdzące uogólnienie, lecz niestety nie zapamiętałem moich wykładowców jako światłych, charyzmatycznych ludzi nauki. Takich, którzy zarażają swoją pasją, posługują się pięknym językiem, stanowią wzór kultury i sprawiają, że odlicza się dni do kolejnego spotkania z nimi. Oczywiście nieładnie jest wrzucać wszystkich do jednego worka, lecz w moim odczuciu byli to raczej pozbawieni polotu leniwi wyrobnicy, a kontakt z nimi absolutnie nie wniósł do mojego życia żadnego intelektualnego waloru.

Dodaj komentarz